Jak idealnie wykonać zlecenie graficzne? – 13 sposobów

Pora na porady

Mówią, że szybciej jest uczyć się na błędach i odkryciach innych. Jeśli chcesz oszczędzić cenne minuty życia, przeczytaj 13 porad ratujących przed godzinami nieplanowanej pracy po nocach.

Co zyskasz? Spokojne sumienie przed każdą współpracą, wcześniejsze przygotowanie na wypadki losowe, porządek (zamiast: „a gdzie był ten plik z wersją zielonego drzewa po lewej stronie, ale z przezroczystością i pomniejszony?”), satysfakcjonujący efekt końcowy. A przede wszystkim zadowolenie swoje i klienta.

Umów się wcześniej na konkretną kwotę.

Raz tego nie zrobiłam. Naprawdę :). To była moja pierwsza współpraca, w której najwięcej się nauczyłam. Dlaczego? Bo popełniłam najwięcej błędów. Dobrze, że przydarzyły mi się one szybko.

If I had to live my life againI’d make the same mistakesonly sooner.
~Tallulah Bankhead

Niepewność, jaka jest ostateczna kwota bywa strofująca. Podaj więc cenę na samym początku – z dokładnością co do złotówki. Wtedy Ty i klient będziecie spali spokojnie.
Jeśli dokładnie nie wiadomo, jak duży będzie zakres pracy i w którym kierunku projekt  będzie zmierzał, to podzielcie pracę na etapy, co do których macie pewność, że się pojawią (np. szkic, wykonanie projektu). Wyceńcie każdy osobno, a decyzję co dalej podejmiecie później, gdy wizja się wyklaruje.
Ustalcie z klientem termin zapłaty. Bo pamiętaj, że nie każdy ma pieniądze od razu na zawołanie – szczególnie pod koniec miesiąca ;).

Umów się wcześniej, co wchodzi w skład umówionej kwoty.

Niby wiadomo, że trzeba narysować np. wiewiórkę Marysię na plakat reklamujący przedszkole, ale niuanse mogą wyjść na etapie oddania.
Dla klienta oczywiste wtedy będzie, że wiewiórka będzie widniała na wielgachnym plakacie budynku, więc nawet o tym nie wspominał. Ty za to w głowie miałeś mały plakacik na korytarzu. Ustal na samym początku format i technikę wykonania (rastrowo/wektorowo).

Z góry określ, jakie pliki wyślesz. Czy dołączysz takie umożliwiające modyfikację rysunku? Zdecyduj, czy zgadzasz się na to, aby wiewiórkę ktoś później zmieniał.

Im więcej szczegółów określisz, tym lepszą wizję klienta zrealizujesz (niekoniecznie, tym ładniejsze będzie dzieło – ale o tym w punkcie 7.). Zapytaj o preferencje co do stylu, kolorystyki, a nawet pozy. Gdy klient mówi, słuchaj (o tym więcej w punkcie 6.).

Jeśli wiesz, co dokładnie masz wykonać i jesteś gotów wyskoczyć do pracy, zaliczyłeś tę lekcję celująco. Jeśli masz mieszane uczucia, dużo pytaj i rozwiewaj swoje wątpliwości.

Określ, ile poprawek zrobisz w cenie. 

Określ złoty środek – fajnie, gdy klient będzie mógł coś poprawić – to dla niego ratunek, gdy Wasze wizje się rozmijają.
Ale nie doprowadź do skrajnej sytuacji, w której będziesz produkować setki wersji – każda z inną, małą poprawką. Najlepiej drobne poprawki wprowadzać pakietami tzn. klient zbiera ich np. 10, a Ty je nanosisz za jednym zamachem. Redukuje to czas ciągłego odpalania pliku i eliminuje pracę na wyrywki.
Jeśli klient pyta o opinie swoją rodzinę czy kolegów, rusza machina niekończonych się poprawek, bo każda z osób ocenia wg swojego gustu. Klient i grafik są bardziej wtajemniczeni, bo wiedzą jaki ma być odbiór logo, czemu ma służyć, dlaczego coś jest tak, a nie inaczej – działania są przemyślane, a mniej podyktowane osobistymi preferencjami.
Najlepiej ustalić liczbę poprawek małych i dużych już na początku – i trzymać się tego. Zastanów się, czy zgodzisz się na zmianę wizji w trakcie? Ile wersji  projektu zaproponujesz?

Zbieraj inspiracje.

W ferworze pracy możesz zgubić niechcący myśl przewodnią lub odczucia co do dzieła klienta podane na samym początku. Dlatego spisz je sobie najpierw. Chodzi tu bardziej o emocjonalne skojarzenia.
Podam przykład.
Załóżmy, że Pani Zofia chciałaby zamówić logo dla swojej firmy. Mówi, aby było ono energiczne, zwiewne, ale kobiece. Koniecznie powinien wystąpić kolor czerwony, ale przyćmiony jakimś innym, bardziej stonowanym. Gdy zapiszesz sobie to wszystko na początku, nie zgubisz przesłania, bo będziesz mógł na każdym etapie pracy do niego wrócić.
Zrób wcześniej tablicę z inspiracjami np. na Pintereście (nawet wspólną, do której klient również ma dostęp – może wtedy komentować, co w danej inspiracji mu się podoba, a co nie). Zbieraj tam wszystko, co… może być inspiracją: palety kolorów, odczucia, linie, wzory, kształty, style…
Albo, opcja dla ludzi żyjących w tym drugim świecie (to chyba real się nazywało?) – mapę myśli na papierze, w której będą skojarzenia z efektem, jaki wywołać ma obraz.

Zrób folder.

Łatwo pogubić się w wielu informacjach, wytycznych i zdjęciach przesyłanych przez klienta. Zgromadź je wszystkie w jednym miejscu np. folderze, gdzie będziesz chować referencje, umowy, swoje pliki w różnych wersjach, swoje graficzne pomysły i szkice.
Nie pozwólcie, by referencje kisiły się w upchanym folderze Pobrane!
Jedno zlecenie – jeden folder. I życie staje się łatwe.

Dobrze się komunikuj.

Dobra komunikacja dotyczy obu stron, ale Ty możesz zadbać jedynie o swoją część.
Co więcej, jeśli klient zachowuje się w sposób, który na Ciebie źle działa np. jego wiadomości powodują u Ciebie takie objawy jak chęć uderzenia w monitor, niekontrolowane konwulsje i agresywne zwroty, to umów się z lekarzem lub farmaceutą to pamiętaj, że swoją komunikacją jesteś w stanie dużo zmienić. Dlatego nie ulegaj emocjom, zachowuj się profesjonalnie. Bądź uprzejmy i wyrozumiały.
Bo druga strona może mieć inną wizję i gust. I to nie jest niczyja wina. Nie każda niezgodność musi prowadzić do konfliktu. Niezgodność płci prowadzi przecież do czego innego :).
Odpowiadaj szybko i nie każ na siebie czekać tygodniami.
Jeśli masz jakąś swoją wizję, argumentuj ją swoją wiedzą i doświadczeniem. Powiedz, dlaczego wg Ciebie te kolory czy kształty bardziej się sprawdzają. Dyskutujcie.

portmonetka_gif

Nie realizuj swojej wizji, ale wizję klienta.

To, że nie pomachasz frywolnie pędzlem i nie strząśniesz kropel farby z pędzla na płótno zamaszystym i dzikim ruchem, nie musi być ograniczeniem. Potańczyć możesz w chwilach wolnych i przeznaczonych na kreatywną twórczość.

Nie próbuj na siłę zmieniać czyjejś ugruntowanej koncepcji. Jeśli uważasz, że jest niezbyt korzystna dla niego samego, zaproponuj swój pomysł, ale nie narzucaj.  Nawet jeśli, klient nie jest pewien, jak to COŚ ma wyglądać, bo nie ma wyobraźni, to twoim zadaniem jest to z niego wyciągnąć. I realizować wyciągniętą wizję :).

No, chyba, że daje Ci totalnie wolną rękę albo nie wie, czego chce. O ile to pierwsze to z pewnością prawdziwa frajda, to drugie może na końcu zakończyć się rozczarowaniem i klient dojdzie do wniosku, że „nie wiem, czego chcę, ale to na pewno nie to”.

Pamiętaj, że grafika może spełniać różne role – np. zamiast tylko ładnie wyglądać, większe znaczenie może mieć przyciągnięcie uwagi lub przekazanie jakiejś treści emocjonalnej – i o to może komuś chodzić. Na pewno kojarzycie niezbyt ładne logo jakieś firmy, która odniosła sukces światowy.

Podam wam trochę skrajny, ale za to zastanawiający i śmieszny przykład.

Ostatnio, jadąc autobusem, zobaczyłam na ulicy logo zrobione w Paincie w 3 minuty – było tak śmieszne i nieprofesjonalne, że firma utkwiła mi w pamięci. Poza tym logo należało do niszowej firmy zajmującej się raczej mosiężnymi rzeczami – powiedzmy wykrajaniem desek. Takie logo sprawia, że myślimy o firmie jako taniej i swojskiej należącej do jakiegoś Pana Janusza (pozdrawiam wszystkich wspaniałych Januszów!). A przecież nie potrzebujemy, aby ktoś nam wykroił deskę laserem i za dużą kwotę. Logo przywodzi na myśl jakiegoś drwala, który, co prawda nie zna się na jakiś estetycznych kwiatkach, ale umie dobrze rąbać. Robi to dobrze i tanio. Logo spełnia swoją rolę. I zapada w pamięć.

Zawsze rób kopię zapasową!

Pogramy lubią się crashować, a nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Co jeśli Twój plik zostanie zniszczony lub będzie nie do odzyskania? Przygotuj się na możliwy armagedon i zawsze miej ZAKTUALIZOWANĄ kopię zapasową.

Kopia zapasowa wiele razy uratuje wam 4 litery albo nawet cały alfabet.

Ale pamiętajcie, że kopia ma to do siebie, że zazwyczaj nie przydaje się wtedy, gdy ją robicie. Okazuje się najbardziej potrzebna, gdy jej nie ma.
Wniosek z tego jest jeden: i tak rób kopię zapasową.

Zapisuj co chwilę.

Bo crashe programów przychodzą niezapowiedziane jak teściowa w leniwą niedzielę.
Nikt nie lubi tracić przecież godziny niezapisanej pracy. Albo nawet intensywnych 15 minut.
Warto włączyć sobie w ustawieniach automatyczne zapisywanie co określony czas.

Może dorzuć jakiś bonus?

I nie chodzi tu od razu o dodatkowy obrazek i naręcze kwiatów w podzięce dla klienta. Ale np. zaprezentowanie grafiki na mockupie albo wcześniejsze wykonanie zlecenia jako miła niespodzianka. Najpierw w stu procentach wykonaj dobrze zadanie, a dopiero potem myśl o bonusach, bo nie chcesz chyba polewać polewą ciasta, które jest zakalcem?

Poproś o referencję lub podziękuj za współpracę.

Punkt przez wielu pomijany, a tak miły i ważny. Lubimy, gdy klienci wracają, prawda? Poza tym sama współpraca wtedy toczy się przyjemniej.

Ja nie podejmuję bardzo wielu współprac, bo nie wszystkie są w zgodzie ze mną (np. nie chciałam, aby moje obrazki „zdobiły” plastikowe obudowy do telefonów – po prostu takowe mi się w ogóle nie podobają. Obrazki z nich schodzą i jeszcze ten pękający plastik… mART to również filozofia zrównoważonego życia zgodnego ze sobą, a więc również z naturą, szukanie piękna wokół, a ja po prostu nie widzę piękna w takim plastiku. Może kiedyś mi się zmieni, ale na razie n i e).

Dbanie o współpracę i traktowanie jej jako coś więcej niż handel wymienny. To próba przelania myśli obcej nam osoby na formę graficzną i namacalną. Z czegoś niematerialnego – ludzkiej myśli – powstaje COŚ – za sprawą rozmowy, relacji trwającej choćby krótką chwilę. Istna magia.

A może umowa?

Schodzimy na ziemię. Jeśli chcesz lepiej zabezpieczyć swoje interesy, rozpatrz podpisanie umowy. Najczęściej wybieranym dokumentem jest pisemna umowa o dzieło. Miej przygotowany wcześniej szablon, który możesz lekko zmienić i dostosować do konkretnego zlecenia.
Pamiętajcie, że przekazanie praw autorskich majątkowych (znaczy tych, które pozwalają na czerpanie korzyści majątkowych poprzez sprzedawanie, rozpowszechnianie itp., a nie osobistych praw autorskich, które są niezbywalne) uprawnia Was do uzyskania kosztów przychodu aż 50% z kwoty, którą klient dał za dzieło (dane na rok 2018).

Rób to, co umiesz!

Bierz zadania, do których masz pewność, że masz wiedzę i umiejętności, by im sprostać. Wiem, że czasem trudno w siebie uwierzyć, ale chodzi bardziej o skrajności – „nigdy czegoś nie robiłem, ale myślę, że dam radę lub zrobię szybki tutorial”. Nigdy w życiu, chyba, że…
klient świadomie się na to pisze, bo np. ponad wszelkie dogodności tego świata ceni sobie Twój ponadprzeciętny gust estetyczny i ma wiarę w Twoje zdolności percepcyjne.

cropped-logomart_white.jpg
Unikajcie też brania na siebie zadań, jeśli nie jesteście pewni, czy wyrobicie czasowo. Niewypoczęty i zestresowany grafik ma mocno ograniczoną kreatywność! A tu chodzi o jakość.

Dotychczas udało mi się pracować z samymi rzetelnymi, miłymi i zadowolonymi z mojej pracy osobami. Może to szczęście, a może zasługa tych 13 punktów? 🙂

Poza tym pamiętajcie, że ludzie są z reguły uczciwi (mimo jakiś pojedynczych przypadków), więc nie podchodźcie do każdego nieufnie.

Jestem bardzo ciekawa Waszych propozycji na lepszą współpracę – z obu punktów widzenia. Podzielcie się myślami  w komentarzach! Każda opinia jest cenna, szczególnie, że często myślimy, że coś jest oczywiste i inni myślą tak samo. A wcale tak nie jest!

Jeśli chcecie zobaczyć część zleceń, które wykonałam, zapraszam do zakładki Portfolio.

 

 

 

 

Reklamy

Mam własny styl, ale czy to dobrze?

Pora na porady

Nagranie w skrócie:

  • • · Nie trzeba stylu szukać na siłę, bo nie tylko to definiuje nasze rysowanie i umiejętności.
  • • · Czasem stylu szuka się latami – najlepiej podczas tej drogi próbować różnych technik, kolorów i tematów. To pomoże nam określić, w czym dobrze się czujemy.
  • • · Mnie przyjemnie rysuje się kobiety. Ostatnio mam fazę na styl pastelowy i promarkerowy. Ale nie wykluczam tego, że kiedyś mi się nie odmieni.
  • • · Podczas filmiku rysuję postać Violet 1202 z wyzwania #drawinyourstyle. Zainspirował mnie do tego clip Nefki z kanału Nefka Color Show.

Chcesz być fajny? Nie rób tego, co modne. Moje odczucia w temacie Instagrama

Pora na porady

Bytując małą, aczkolwiek znaczącą chwilę, w środowisku artystów-instagramowiczów zauważyłam pewną tendencję. Tendencję, która nie mieszka tylko na Instagramie, lecz wszędzie: w dużych i małych domach, w Hollywood i na podwórku z trzepakiem, gdzie Kasia i Basia bawią się w dom. Myślę jednak, że najłatwiej będzie mi przedstawić ją na tym instagramowym przykładzie. Bo to takie nasze duże, fajne, artystyczne podwórko.

Gdy nastaje na coś moda, powstaje mnóstwo podobnych do siebie profili, które chcą wyeksploatować temat do dna. Nie chodzi mi o osoby, które już dawno eksplorują dane zagadnienie, lubią to, co robią lub, ot tak, chcą spróbować nowej techniki. Mam na myśli mniej więcej taką zależność: gdy nastaje moda na akwarele, a nie masz pomysłu, sięgasz po nie – i malujesz. Jeśli jest trend na botaniczne motywy roślinne, bierzesz po zielnik – i tworzysz paprocie. A gdy trwa moda na rośliny monstery, lecisz po kwiat do najbliżej kwiaciarni – i eksploatujesz. Złote elementy, a do tego białe marmury – to zdjęcia na marmurze – koniecznie na białym. Łatwo można mnożyć analogie w tempie rozmnażających się bakterii. A przecież istnieje granit, piaskowiec, a także ogrom innych materiałów. Mnóstwo różnorodnych kwiatów (ponad 300 tysięcy gatunków!) i niezliczona liczba technik artystycznych. Oraz niewyobrażalna kombinacja różnych faktur, kolorów i tematów.

Nie chodzi mi o to, że nie można tak postępować, bo mnie również często jakaś moda się podoba i nie potrafię powstrzymać się przed lubieniem czegoś, a później chcę mieć to coś wokół siebie. Tak było z białym marmurem, który kojarzy mi się z czystością, bogactwem i minimalizmem – zachwyca mnie pięknem naturalnej surowości, a także podobnie miałam z akwarelami, których nigdy wcześniej nie doceniałam, bo kojarzyły mi się z technikami szkolnymi, nie kryły według mnie papieru jak „porządne” farby, a po prostu nie umiałam się nimi posługiwać.

Chodzi mi raczej o bezrefleksyjne podążanie za modą. O przyjmowanie prawie każdego nowego trendu bez najmniejszego zastanowienia. Zastanawia mnie, dlaczego np. wykorzystanie pasteli suchych albo mokrych jest teraz tak mało popularne, a na każdym kroku widzimy akwarelowe liście monstery i złote dodatki połączone z białym marmurem.

A przecież chodzi o to, żeby rozwijać kreatywność! Staje się to niemożliwe, jeśli jesteśmy tylko kopiujemy, a nie tworzymy.

Fajne, fajne, ale może coś superowego?

Zanim wiele osób skieruje we mnie ostrza gromkiego veto, jeszcze raz podkreślę, że nie uważam, że jest to do końca złe. Bo może się komuś coś po prostu podobać. Może mieć taki gust, który akurat pokrywa się z królującym trendem. Cenię sobie starania osób, którym chce się robić piękne zdjęcia i cieszę się, że mają z tego frajdę. Ale ja jestem tym trochę znudzona. Uważam, że bardzo często takie „modne” profile są nawet bardzo ładne, dopracowane i urocze, ale gdy widzisz kolejny zestaw kwadratów, który pokazuje rzeczy ułożone na prześcieradle, wśród których jest kolejna kawa i kolejne świeże bukiety kwiatów, masz wrażenie, że ten profil nie jest wyjątkowy, że każdy lubi to samo i spędza tak samo dzień. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Być może jest zapotrzebowanie na tego typu treści i popyt na nie nie będzie malał, ale…

…czasem wchodzę na jakąś tablicę i mnie uderza. Oryginalnością i kreatywnością.  Bum i leżę. Niewiele jest takich profili, ale gdy już są, to sprawiają, że przeżywasz instagramowe katharsis (pewnie na to zestawienie słów greccy tragediopisarze przewracają się w swoich grobach, których już nie mają) – widzisz je i wiesz, że są wyjątkowe. Miłość od pierwszego wejrzenia :D. Dlaczego? Bo kreują swój własny styl, nie patrzą na to co modne, ale na to co piękne, inne, kreatywne bądź zaskakujące. W takich momentach przypominam sobie Salvadora, który zawsze miał odwagę, by robić odwrotnie. Gdy coś było w modzie lub stawało się popularne, mówił, że świadomie musi wymyślić coś zupełnie nowego, byle tylko nie to. To dlatego jako jedyny, ku oburzeniu profesora, namalował wagę na lekcjach rysunku zamiast (nie pamiętam dokładnie, czy na pewno – do sprawdzenia) jakiegoś pozującego jegomościa.

 

 

View this post on Instagram

Wiecie, co zrobił Salvador, chcąc zwrócić na siebie uwagę Gali, żony poety, o 10 lat od niego starszej? "Owinął się sznurem pereł, rozczochrał włosy, włożył swoją najlepszą jedwabną koszulę, którą po chwili rozdarł na piersi. Następnie […] ogolił się pod pachami, specjalnie się zacinając, żeby spływająca krew pomieszała się z niebieską farbą, którą pomalował ciało. Całość uzupełnił kwiatami pelargoni, które włożył sobie za uszy, oraz mieszanką koziego łajna i rybiego kleju, których zapach miał wzmocnić efekt. Tak ucharakteryzowany wyszedł na balkon i czekał na reakcję Gali. " Z książki "Kiedy kropla drąży skałę." Aleksandra Binsztoka Co wy byście zrobiły, gdyby odwiedził Was taki oryginalny fatygant? 😀 A Gala została jego żoną i muzą, która kochał do końca jej życia. Po jej śmierci zamknął się na długo w jej pokoju i odmawiał jedzenia. #salvador #dali #love #colourful #color #coloredpencil #neon #art #artsy #portret #portrait #miłość #gala #muza #artysta #artshare #artist #style #jaskrawe #akcent

A post shared by mARTa (@szuflada.mart) on

 

Róbcie swoje, bądźcie inni, bądźcie oryginalni (no chyba, że waszym stylem jest kopiowanie trendów, ale to już zbyt filozoficzne rozważanie, czy tak może być). Nie kalkujcie wszystkiego jak leci, ale bądźcie selektywni. Przyznam nieśmiało, że moim zdaniem ludzie modni nie są oryginalni i nie przechodzą do historii, bo trudno ich zauważyć wśród tłumu tych samych butów i beretów. Paradoksalnie, zauważyłam, że największą popularnością cieszą się twórcy odróżniający się i ryzukujący, zupełnie się opinią większości nieprzejmujący.

Podsumowując całą sprawę – naprawdę możecie nosić podarte spodnie, mieć w domu monstery, kaktusy i sprzęty z marmuru, ale wcześniej spytajcie się siebie, czy na pewno Was to „fascynuje”.  Jeśli tak, to nie ma sprawy. A to, że jestem tym znudzona to tylko moja mała opinia, którą nie musicie się w ogóle przejmować. Bo przecież nie musi wam zależeć na oryginalności albo kreatywności – serio – można przecież cieszyć się w zaciszu domowym z kawy na prześcieradle, a nawet dzielić się tym ze światem internetu.  Rozważcie jednak, czy może Wam się podoba coś, bo chcecie uważać jak inni albo być na czasie. Wtedy możecie niepotrzebnie ograniczać swoją kreatywność i pozwalać innym, by kreowali Wasze gusta.

Ale uwaga, nie trzeba unikać mody jak ognia, bo łatwo przejść na drugą stronę zwaną chwalę się, że nie wiem np. „ja to nawet nie mam pojęcia, co to ten ajofn” albo „nie wiem, kto to ten Taco Hemingway. Jakiś pisarz?”.

Najlepsze Instagramy

Na koniec chciałam Wam polecić kilka profilów Instagramowych, które wybrałam spośród ponad 300, które obserwuję. Są to strony raczej artystyczne, ale tego się chyba po mnie spodziewacie? 😉

Ogólnie musiałam przejrzeć ich mnóstwo, być bardzo wybredna, ale myślę, że to wyszło na dobre, bo nie przygniotłam Was toną linków. Zaledwie kilkoma kilkogramami.

Dodatkowo podzieliłam linki na dwie grupy, aby łatwiej było się odnaleźć.

Lifestyle i zdjęcia

  • Typowa K – mimo kawy na prześcieradle, jest to jeden z moich ulubionych miejsc, które zaskakują oryginalnością i pomysłowością tekstów. Typowa K. Polecam również bloga.
  • Lo Journal – Laura ma swoją własną, retro stylistykę, którą przytulnie przekazuje  w filmikach na kanale lo journal.
  • Liskin Dol – mam wrażenie, że ta dziewczyna żyje w lesie pośród zwierząt, chodzi na boso i od rana do wieczora plecie wianki i wyszywa leśne wzory! Tylko kto za nią chodzi z aparatem i wstawia zdjęcia na insta?
  • Iza – jest inaczej. Zdjęcia oryginalne, niektóre tajemnicze, a inne minimalistyczne, opisy niby fraszki napisane zwykłymi słowami wyjętymi z codzienności, ciekawią.
  • Brookeshanesy_studio – niezwykle pomysłowe zdjęcia, z których można czerpać inspiracje – każde z nich składnia mnie do refleksji.
  • Duulaaa – wiem, że jest pełno ładnych zdjęć kobiet i przyrody, ale te są tak świetnie dobrane i przywodzą na myśl polską wieś pachnącą babcinym chlebem, jednocześnie nie ujmuje im to kobiecości, nieprawdaż?
  • A color story – minimalistyczne, różnokolorowe zdjęcia. Po prostu zaciekawiają kolorystyką i tematyką.

Art

  • Moja Moskwa – biżuteria geometryczna wykonywana ręcznie; niezwykłe kolory i kształty, a także drewniany materiał dodający tej nowoczesności pewnego ciepła.
  • Adrian Valencia – rysunki kobiet tego argentyńskiego artysty rozpoznać można na każdym kroku; w prostocie potrafi uchwycić indywidualne cechy szczególne.
  • Inslee – znów kobiety, ale w żurnalowym, akwarelowym stylu, który zachwyca swoją zaplanowaną niedbałością.
  • Dixie Leota – przecudne rysunki, w różnej kolorystyce, piękne światło i pomysły! Uwielbiam patrzeć.
  • Reina Yamada – spójrzcie na ten profil i powiedzcie, co może się tu nie podobać? Szorstki papier, który przyjmuje na siebie delikatne twarze kobiet z akwareli. Tworzy niezwykle charakterystyczne rysunki.
  • Iraville – zaokrąglenia, bajkowe ilustracje i cudownie umiejętne posługiwanie się akwarelami. Gdy patrze na te postaci, myślę, „po prostu piękne”. Dla mnie są konkurencją dla Disney’a.
  • Sam Kalda – facet, który uwielbia koty i niezwykle zestawia kolory na tych płaskich rysunkach. Narysował kota z mężczyzną chyba na każdym swoim rysunku.
  • Not sorry art – jaskrawe, dobitne barwy na obrazach, w których rolę główną gra światło.
  • Gosia Herba – trochę jak z dawnych komiksów, ale bardziej w takiej nowoczesnej odsłonie.
  • Basia – spójrzcie jak Basia wspaniale używa kolorów i kształtów, aby zaciekawić widza.
  • Children Illustrations – jak sama nazwa wskazuje – ilustracje dla dzieci. Dla mnie są przepiękne i przypominają mi klimat magicznych światów z dawnych książek.
  • Maria Frenzy – dla mnie delikatna, nieco wyblakła kolorystyka i styl są po prostu przepiękne!
  • Oona – genialne tworzenie postaci w bajkowy i kreatywny sposób. Szczególnie podobają mi się ich postury i kolorowe, szkicowe linie.
  • Lucia Soto – podobają mi się postaci zachowane w jednorodnym stylu i pomysł, aby wycinać ilustracje i wplatać do codzienności – w ten sposób je ożywając.
  • O kej – tego nigdzie indziej nie zobaczycie, szczególnie podobają mi się ostatnie – kanciaste prace.
  • 65ping – kanciastość w zupełnie innym wydaniu! Podoba mi się głównie pomysł na styl.
  • Pascalcampionart – styl rysunków przypomina mi Yaoyao Ma Van As, którą niezmiernie cenię za posługiwanie się światłem, ruchem i… wszystkim, ale ten jest trochę bardziej postrzępiony i mniej disneyowy.
  • Karoline Pietrowski – wszystko w kolorystyce beżu i kawy; to kolorystyczna jedność najbardziej mnie urzeka.
  • Drycha – dla mnie Karolina robi przepiękne dziewczyny – i do tego tak wspaniale łączy kolory!
  • Yanina Nesterova – gdy wchodzicie tutaj, możecie być pewni, że takich kolorów i postaci nigdzie indziej nie zobaczycie!
  • Marie – zdecydowanie jeden z najlepszych instagramów w tej wyliczance, podoba mi się faktura, którą Marie dodaje do każdej swojej pracy.
  • Brooklyn Walker – każda postać jest wyjątkowa i ma uwypuklone cudnie charakterystyczne cechy; imo ci bohaterowie idealnie nadają się do bajek – od razu można odczytać ich charakter.
  • Athingcreated – Proste kolorowe, akwarelowe rysunki. Dziewczęco – tak bym to określiła. Kojarzą mi się z podróżami do Paryża albo Rzymu.
  • Ashiyaart – akwarela, bardzo kolorowo, ciupkę mangowo, ale nie ma przesadzonej słodyczy, o dziwo – mimo tylu kolorów, można dopatrzyć się delikatności – to właśnie załatwiają akwarele.
  • Kasvei – dla mnie są to najdelikatniejsze ilustracje, kojarzą mi się trochę z Japonią, ale tematycznie do niej nie nawiązują.
  • Leigh – używa tak wielu kolorów, a ma się wrażenie, że kolorystyka jest ściśle określona, dominuje przede wszystkim zimne kolory z dodatkiem żółci. Delikatnie i schludnie.
  • Lesathi – nowoczesne portrety, tak bardzo charakterystyczne, bo trochę hipsterskie i tak świetnie cieniowane w digitalowym stylu.
  • Sidney Meireles – jedne z najpiękniejszych ilustracji; kojarzą mi się z takimi kultowymi bajkami o królach i księżniczkach, kreska i kształty są przegenialne!
  • Crappy Art – Ania tak cudownie posługuje się czarnymi cienkopisami i markerami, że powinien na jej cześć powstać jakiś nurt w sztuce tego typu!
  • Lara – cudowne postaci i jaskrawe kolory, digital. Bardzo podobają mi się twarze i gra światła.
  • Andrada Radu – bajkowo, kobieco, delikatnie; głównie kobiece portrety stylizowane jakby na retro Disney’a – i do tego te kwiaty!
  • Eugenia Mello – uważam, że do niektórych wnętrz takie plakaty pasowałyby idealnie; kilka kolorów zamkniętych w dziwnych, pociesznych kształtach kobiecych.
  • Ipek Konak – i znów, kolorowo i zupełnie inaczej! Postaci żyją!
  • Lenny Wen – tym razem bajkowo, mając na myśli bajki nowej generacji i dla młodszych dzieci – tak mi się kojarzą te postaci. Szczególnie lubię obrazek wzorowany na „The Shape of Water”.
  • Aveline Stokart – bardziej gładko i clipartowo, rozbrajają mnie pomysły na różne postaci.
  • Mayo – Maja robi piękne digitale, szczególnie podoba mi się pomysł nałożenia digitalu na zwykłe zdjęcie szkicownika.
  • Bethany – na sam koniec najlepsze, zaglądam tutaj tak często jak to możliwe >.< Mam nadzieję, że przez to nie idzie się na odwyk.

cropped-logomart_white.jpg

To już wszystko. Nie spodziewałam się, że zajmie mi to aż tyle miejsca, ale nie umiem wybierać spośród najciekawszych. I tak z resztą pominęłam setki świetnych artystów, bo albo są, wg mnie, już za szeroko znani, albo ja ich nie znam. Mam nadzieje, że udało mi się przekazać to, co chciałam, bo był to dość trudny, jeśli nie nawet kontrowersyjny temat. Jeśli masz jakieś swoje spostrzeżenia, pisz śmiało w komentarzu. Koniecznie daj znać, który/e instagram/y podobał Ci się najbardziej!

Bo sztuką jest tak się inspirować, żeby nie kopiować 🙂

Naprawdę, da się utopić w źródle inspiracji

Pora na porady

Źródło Inspiracji. Niby źródło, z którego mamy pić orzeźwiającą wodę, a nierzadko okazuje się głębsze niż myśleliśmy. W tym poście opiszę, dlaczego, wg mnie, nie warto z niego tak często pić albo dlaczego powinno się robić to ostrożnie, gdy już jesteśmy bardzo spragnieni.

Na pewno słyszeliście, wraz z innymi motywocytatami typu „Bądź sobą”, „Żyj życiem, którego pragniesz”, „Miej marzenia” o tym, by się inspirować. Wszystkim i każdym. Wydaje się, że inspirowanie się różnymi osobami pozwala nam krytycznym okiem spojrzeć na swoje dzieła życia, zaczerpnąć nowych pomysłów i świeżości. No właśnie świeżości – czyli czegoś, co traci swój sens, gdy się jej doświadcza non stop.

Czerpanie ze źródła inspiracji jest naprawdę solidną siłą, ale należy do tego remedium dołączyć małą notkę, że łatwo przedawkować.

Tym razem nie napiszę o sile inspiracji, bo takimi wpisami zazwyczaj zasypuje nas Internet. A poza tym łatwiej sobie wyobrazić korzyści płynące z jej mocy.

Cykl korzystania ze Źródła Inspiracji

Opiszę 3 zupełnie przeciwstawne metody, które można wdrożyć w swoje życie (ale uwaga, o ile wykorzystanie samej drugiej metody może być w porządku, to nie radzę tak robić z pierwszą). Ja sama stosuję i polecam stosować je cyklicznie – jak w naturze: nadchodzi faza pracy i odpoczynku (czasem mogą mieć zupełnie różne długości). Gdy zastosujesz je w ten sposób, twoje inspiracje, a zarazem kreatywność, wejdą na wyższy level.

Pij, ile się da

100

Pierwsza faza to, przejedzenie się bodźcami. Czyli stymulowanie siebie na każdym kroku, aż do porzygu będziemy czuli, że nowa wiedza wylewa się z nas przyjemnie (lub mniej przyjemnie, bo często towarzyszy temu ból głowy, z której chcą się wydostać informacje żyjące w ciasnocie). Zatopienie w obrazach inspiracji pomaga. Bezdyskusyjnie – jeśli czymś się otaczamy, mózg zaczyna przyswajać nową wiedzę i produkować obrazy sklejone z tego, co widział.  Tak jak składasz np. konia i skrzydła, a powstaje coś nowego – pegaz. Umysł robi to nawet podświadomie i możemy nie wiedzieć, że pomysł na nasz nowy obraz to sklejenie kilku dzieł, które przewinęły się przed oczami w ciągu dnia. Oczywiście patchworkowe wyobrażenie przeplata się z naszą własną inwencją twórczą.

Takiego stanu często doświadczam przed snem, gdy wieczorem naoglądam się różnych obrazów – gdy doświadczę pełnej immersji i przeładuję się inspiracjami. Mózg wtedy działa na automacie (lub na stanie alfa, jak kto woli) i wyłania kolory, całe sceny i różne kadry w całości. Jak najlepszy program do obróbki rzeczywistości. Dla mnie to bardzo ciekawy i potrzebny stan, bo tak rodzą lub szlifują się najlepsze idee. Przed snem widzę cały obraz – wraz z kolorystyką, kolorami, kształtami oraz nastrojem – i wiem, że nic nie można dodać lub ująć, bo mózg przedstawia mi pewną całość. Łatwiej wpadnie mi do głowy, kolejny i zupełnie inny pomysł niż ulepszę ten przed chwilą ukazany. Myślę, że w tym stanie trudniej o taką analizę poprawczą, bo wykorzystuje się, być może, inne pokłady „myślenia”. Cały ten proces działa: take it or leave it. Na takiej zasadzie.

Taka immersja w otaczanie się sztuką działa bardzo odżywczo, przenika najbardziej zakopane pokłady naszej kreatywności. Ale jest jedno ważne ALE. ALE będące esencją całego procesu inspirowania.

Po przejedzeniu, odpoczywać

Trzeba koniecznie, wyczuwając dobry moment, wyjść z wody inspiracji. To identycznie jak z kąpielą w jeziorze – na początku fajnie się pływa, z łatwością, a później człowiek traci frajdę, kreatywność i w końcu przemarza. Wtedy najlepiej wyjść na brzeg. Koniecznie MUSI pojawić się przerwa. Odpoczynek często jest pomijany i nietraktowany jako część nauki. A to najważniejszy moment, podczas którego wiedza się układa i łączy z innymi informacjami. Natura wymyśliła to tak sprytnie, że robi się to samoistnie, ale pod warunkiem, że zajmujemy się zupełnie czym innym – odpoczynkiem od głównego tematu. Nic tylko korzystać z tego dobrodziejstwa.

Ograniczenie inspiracji inspiruje do działania

50

Ciekawym podejściem jest ograniczenie źródeł inspiracji do minimum – oglądanie kilku dzieł. Wtedy każdy ukazany obraz jawi nam się jako ten niezwykły, na który musimy się napatrzeć, bo nie będziemy mieli ku temu wielu okazji. Doceniamy bardziej i uważniej się przyglądamy. Ta metoda to nie ilość, ale jakość. Poza tym, pozwalamy sobie na kombinowanie, a więc twórcze myślenie. To jak zabawa w stylu zbuduj wieżę z suchego spaghetti, metra nitki, pianek marshmallow i taśmy klejącej.

Im mniej informacji do nas dociera, tym mamy więcej czasu na przerobienie zdobytej już porcji danych. Ciągłe bombardowanie się nowymi rysunkami i porównywanie do innych staje się po pewnym czasie szkodliwe. Może powodować częsty efekt niechęci zaczęcia rysowania, bo przytłoczeni jesteśmy nadmiarem różnych możliwości i poczucia, że już, nie dość, że wszystko zostało narysowane, to jeszcze najlepiej. Czy jest sens w ogóle więc zaczynać? Kiedyś przeczytałam, że psychologia człowieka działa tak, że gdy nie ma wyboru, jest szczęśliwszy. Wie, że nie mógł wybrać inaczej i że nic go nie ominęło.

Odcięcie od wody

0

Bardziej drastyczną, dla niektórych, metodą wydaje się być całkowite odcięcie od źródła. Wydaje się, że umrzemy z pragnienia, bo nie będziemy mieli z czego pić? Nic bardziej mylnego, bo w sobie znajdziemy wodę życia (mam świadomość tego, że tekst ten brzmi jak wyjęty rodem z domofonu, gdy dzwoni świadek jehowy). Każdy człowiek ma wspomnienia i zmysły, które nieustannie zbierają informacje z otoczenia – to wystarczy.

Paradoksalnie, rezygnacja z inspiracji może okazać się inspirująca. A życie codzienne dostarczy nam wszystkiego, czego trzeba. Poza tym, wszystko, co zgromadzimy będzie bardziej prawdziwe, bo oparte na naszych własnych emocjach i historiach. Łatwiej też w ten sposób stworzyć coś zupełnie oryginalnego i „naszego”, a to uczucie, choć nie ma nazwy w języku polskim, wierzcie, że jest niezwykle przyjemne („To wymyśliłem JA!”).

Nie mając kontaktu z źródłem inspiracji, jesteśmy skazani na szukanie sztuki na pustyni. A przecież wiadomo, że pustynia potrafi być piękna!

A teraz, w ramach posłowia kilka źródeł, z których czerpię inspiracje

  • Pinterest – zdecydowanie mój ulubieniec, skuteczniej wyszukuje interesujące mnie graficzne treści niż Wujek Google; znajdziemy tu mnóstwo rysunków, które można jednym ruchem przypisać do folderu tematycznego. Ale najlepsze jest to, że możemy naocznie zauważyć działanie sztucznej inteligencji, która podpowiada nam treści, podobne do wcześniej szukanych, które mogą nam się spodobać. Sprawia to oczywiście, że na Pintereście można przesiedzieć godziny!
  • Instagram – bardzo dobra możliwość podziwiania prac konkretnych artystów, których styl lubimy. Często zapisuję sobie obrazy w zakładce – nie można tworzyć folderów tematycznych. Polecam szukać interesującego nas zagadnienia po hashtagach, gdyż obserwowanie głownej tablicy pozwala zagubić się pośród kuszącej lawiny innych treści, które wciągają jak gąbka.
  • Behance – inspirujące style, plakaty oraz zdjęcia; korzystam rzadko, ale można tu znaleźć bardzo profesjonalne treści
  • Artstation – bardzo dobre dzieła wyćwiczonych rysowników; taki bardziej zaawansowany deviantart
  • samo życie – czyli filmy, muzyka, sztuka, obrazy, ale także rozmowy, jazda pociągiem, spotkana, obca osoba. Każdy znajdzie tu co innego i porobi inne zakładki w swojej głowie.

cropped-logomart_white.jpg

Podsumowując, warto pobawić się swoimi metodami inspirowania siebie, gdyż może się okazać, że „domyślna” nie jest dla nas tą najlepszą. Można spróbować się przeładować bodźcami albo, przeciwnie, doprowadzić do suszy – i, jednak, czerpać z tego przyjemność!

Jestem ciekawa, czy macie jakieś swoje metody na ruszenie pociągu wyobraźni. Chętnie poczytam i wypróbuję je na własnej skórze!

 

„No i co będziesz mieć z tego rysowania?”

Pora na porady

 

Są pytania, których wszyscy nie znosimy, a i tak je słyszymy. Albo nawet, paradoksalnie, sami sobie je zadajemy. Jeśli ktoś przeżył w swoim życiu romans z rysowaniem – czy to krótkie zauroczenie pochłaniające go na nudnych lekcjach, czy poważniejsza decyzja – obiło mu się o uszy to pytanie: „no i co będziesz mieć z tego rysowania?”. Pieniądze? Uznanie? Sławę? Pytali rodzice, nauczyciele i wszyscy zatroskani naszym losem.

Dobrze, że pytali, bo się znęcali oczywiście troszczyli. O nasze losy budżetowe, gdy nasze serce będzie rwało się do rysowania, a w tym czasie komornik będzie wynosił pralkę. O rysowanie w piwnicy o chlebie i wodzie, ale z szaleńczym uśmiechem na twarzy. Takie wizje mogli sobie w głowie tworzyć. Nic dziwnego, że chcieli sprowadzić nas na ziemię i zapewnić „godziwy byt”.

Choć w tych czarnych wizjach MOŻE kryć się ziarno prawdy, nie ma co od razu popadać ze skrajności w skrajność: z wizji – „będę bogaty, sprzedając bohomaz za miliony” na wizję „będę klepać biedę, chcąc robić to, co kocham”. To jak to jest w końcu? Czy rysowanie się opłaca? Czy coś nam w życiu da? Chcecie dowiedzieć się co będziecie z rysowania mieć? Zatem czytajcie.

Pieniądze?

Nie oszukujmy się, aby zarabiać dobre pieniądze, trzeba być dobrym. I to lubić, bo tylko, gdy coś uwielbiasz nie zauważasz podczas nauki, kiedy mija dzień. Mało zaskakująca wiadomość jest taka, że dotyczy to każdej dziedziny.

Teraz uwaga. Wcale nie oznacza, że dobry znaczy wspaniale rysuje! Otóż, często bywa tak, że ktoś wypracuje sobie dość prosty, aczkolwiek ładny styl rysunkowy, i niczym drukarz stempluje kolejne kartki. Nie musi znać dobrze anatomii, innych technik, bo specjalizuje się w jednym, konkretnym typie ilustracji. Ludziom się podoba, jest popyt i biznes się kręci. W czym dobra jest ta osoba? W robieniu pięknych, ale prostych rzeczy, które ludzie są skłonni kupić, w pozyskiwaniu klientów, w reklamie, w przekonywaniu do swojego stylu, w dotrzymywaniu terminów i kontaktów z klientami. Czyli wszystko, co ważne, aby z rysowania zrobić po prostu biznes. Niekoniecznie będziemy zrywać w ten sposób kokosy (lecz oczywiście możemy), bo to zależy również od umiejętności kierowania firmą i wszystkiego innego – niezwiązanego z tworzeniem. Bo nie samym rysowaniem żyje człowiek.

Może być też tak, że szlifujemy nasze umiejętności rysunkowe niczym krasnolud młot Thora w podziemiach. A na nic to się zdaje, bo nikt nas nie zna, nikt nie słyszał o nas nad ziemią. Trudno komuś będzie coś kupić, docenić lub choćby westchnąć z zachwytu, dopóki cudem nie otworzy szuflady z naszymi rysunkami. Oczywiście możemy liczyć na to, że przypadkowy mecenas przejdzie akurat koło nas na ulicy, spojrzy w nasz szkicownik i krzyknie: „Acha! Rośnie nam drugi Picasso!”. Po czym weźmie nas, mimo naszych nieśmiałych protestów, na nauki u najlepszych sztukmistrzów. Nie liczmy na to i weźmy sprawy w swoje ręce. Jak to mówił jeden Darwinista: „Jak nie drzwiami, to oknem, jak nie oknem… to trudno.”.latakasa

Są branże, w których zarabia się więcej pieniędzy (techniczne, informatyczne, medyczne), ale czy perspektywa nauki i robienia w życiu czegoś, co nie wywołuje w nas ciar od rana da nam szczęście i motywację do rozwoju? Koniec końców, może wyjść tak, że zdeterminowana osoba, pchana pasją może uzyskać lepsze rezultaty finansowe w „gorszej” finansowo branży, bo działa właśnie zgodnie z wewnętrzną motywacją, ma więcej zapału, chęci do poświęcania czasu na wspinaczkę do celu. Jeśli nie czujemy tego samego w „dobrze płatnej” pracy, jak mamy codziennie rano wstawać z chęcią podboju wszechświata? I w końcu:

Lepiej robić, to co się lubi (nawet, gdy czasem jest kryzys, ja wiem) i mieć mniej osobnypienpieniędzy czy opływać w bogactwo i nie czuć spełnienia?

Pytanie pułapka. Ja uważam, że najlepiej mieć i pieniądze, i spełnienie ;).

kasa

W końcu zazwyczaj naszą motywacją, podczas nauki rysowania, raczej nie są pieniądze. Nie wyobrażam sobie, aby możliwe w ogóle było analizowanie budowy oka, skrupulatne cieniowanie i jednoczesne myślenie, że im ładniej je będziemy rysować, tym więcej będziemy zarabiać. Wiadomo jednak, że nasz mózg ogólnie lubi o tym myśleć, bo nas czas jest ograniczony. Jeśli poświęcamy go na coś, co nawet potencjalnie może nie profitować, ta wizja może wywołać w nas stres, a my przestaniemy się rozwijać w tej dziedzinie. Otóż trzeba włożyć mnóstwo pracy, kreatywności (nie tylko tej twórczej) i wysiłku, aby zarabiać z rysowania. Później może być lepiej albo gorzej, zależnie od wielu czynników. Ale łatwiej będzie nam to przerwać, gdy czujemy sens i mamy nadzieję.

Uważam, że najlepiej najpierw, gdy nie jesteśmy jeszcze zawodowcami, uczynić z rysowania swoją działkę dodatkową, ale poświęcać jej każdą wolną chwilę. Obserwować, jak się w tym rozwijamy, co czujemy i w miarę „rozrostu”, podejmować decyzje.

Sławę?

Im lepiej rysujesz, tym mniej potrzebujesz przekonywania innych, że Twoje prace coś znaczą, że są dobre. Dobre rysunki mówią same za siebie, nie potrzebują tak dużej reklamy, a ludzie przystają przy nich, bo widzą coś niecodziennego, sami chcą się tym dzielić i to polecać.

Trzeba jednak pamiętać o pułapce, w jaką można wpaść. Ta jest dość powszechna i Ciebie prawie na pewno też dotknie, jeśli nie jesteś staruszką malującą portrety na spokojnej wsi. Są to social media. Bardzo ważny teren działania dla artystów, bo niestety, na ulicy trudno wystawić swoje prace i zebrać dobry feedback czy dużą widownię. Zasadzek jest w tej strefie tu dużo, bo oprócz bezcelowego porównywania i ciągłego „zbierania inspiracji” pochłaniającego nas cały czas, mamy tutaj dopływ dopaminy pochodzący z oczekiwania na lajki z facebooka i serduszka z instagrama.

Kiedy zaczynasz być jedną nogę w pułapce? Nie, nie wtedy, gdy cały czas siedzisz w telefonie. Wtedy jesteś już po uszy. Ale wtedy, gdy każdą wykonaną pracę – nawet mały szkic publikujesz, czekając na uznanie. Częstym motywem jest też ciągłe pokazywanie swoich postępów, ćwiczeń, każdej kredki i Buk wie czego. Nie rysujesz dla widowni. Rysujesz dla siebie. Niektóre prace mogą pójść do szuflady. Nie wszystkie będą udane, część będzie zasługiwać na przemilczenie. Ale jeśli narysujesz 20 rysunków, zwiększasz szanse, że jeden z nich będzie tym Twoim małym trofeum. Z tego nie publikujesz wszystkich, ale te najlepsze. Ćwiczysz, zarysowując tuziny kartek szkicami, dla siebie, nie myśląc w ogóle o tym, bo komuś to pokazać. Robisz to dla samego przebywania z rysowaniem. Wąchania drewna kredek i czucia jak odłamki kolorowego rysika skrobią delikatnie o ziarnisty papier… Yyy, starczy, bo zaraz ujawni się, że to mój poważny nałóg.

Jeśli mamy problem z takim braniem dopaminowych, instagramowych serduszek, wtedy być może naruszona jest nasza potrzeba szacunku albo przynależności. Należy ją wtedy zaspokoić w inny sposób i wrócić z wyleczonym nastawieniem. Albo nawalić sobie w plan dnia i życia mnóstwo zadań spoza świata internetowego (chyba zrobię z tego doktorat, bo jestem w tym coraz lepsza) i wtedy nie ma czasu na odświeżanie fejsa. Brutalna metoda odstawienia smoczka, ale działa i wtedy organizowanie czasu wtedy jakimś cudem przychodzi samo. Żartuję oczywiście (częściowo). Nie róbcie tego, jeśli chcecie dotrwać w do kolejnej zimy.

Piszę, żeby nie czekać na oklaski, jednak nie jest to do końca prawda – bo wiadomo, świat nie jest czarno-biały. Zdrowe poczucie dumy i samozadowolenia, gdy ktoś doświadczony nas pochwali jest nie do opisania. Czujemy się jak doceniony uczeń walczący u boku swego Mistrza, który w końcu stwierdza, że lepiej dziurawimy od niego potwory. Lubimy tę emocję tak bardzo, że potrafimy dążyć do niej latami. A najlepsza i tak zawsze powinna być ta droga, bo trwa dłużej niż przebywanie na szczycie.

Pora na szczerość. Nie wiem, co dokładnie zrobić, żeby być sławnym na tym polu, bo byłabym już dawno na wernisażu w Paryżu, ale podejrzewam, że jest to dobre kombo odwagi, umiejętności marketingu i rysowania.

Spełnienie?

Człowiek ma naturalną potrzebę dążenia do samodoskonalenia. Ulepszanie się każdego dnia sprawia mu wybitną przyjemność. Lubimy widzieć swój progres, dlatego ten widok staje się dla nas nagrodą samą w sobie. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że daje nam to szczęście. Czy jest sens czym innym zastępować ten stan? Spełnienie i radość to najbardziej wartościowa rzecz, jaką możemy otrzymać. I wydaje się niby pozornie prosta do poczucia, bo przecież wystarczy zacząć rysować i zanurzyć się po prostu w tej czynności. Ale w praktyce okazuje się niezwykle trudna, jeśli przesłaniają ją nasze myśli związane wyłącznie pieniędzmi czy sławą. Nie oznacza to, że te sprawy są złem wcielonym, ale że to nie powinna być nasza jedyna pobudka. Uważam, że można nawet motywować się czasami wizjami, w których mamy i jedno, i drugie, ale nie wolno na tych kolorowych marzeniach poprzestać.

Warto rysować choćby, a może szczególnie wtedy, kiedy czujemy w tym sens. Ja tak trochę mam, że nie bardzo wiem, co mi z tego wyjdzie, czy mi się w ogóle to opłaca czasowo, ekonomicznie itp., ale po prostu to robię, jakby niewidzialna siła pchała mnie codziennie do tego. I skądś wiem, że tak ma być. Jak mówił Jacek Walkiewicz:

 „Nie wszystko co się opłaca – warto i nie wszystko warto, co się opłaca”.

Może się wydawać, że w dzisiejszych czasach powinniśmy robić to, co się opłaca, to, na co jest popyt. Ale mnie wydaje się, że coraz większe zapotrzebowanie zaczyna być na niknące towary takie jak ludzkie zaangażowanie, upór w dążeniu do celu, profesjonalizm czy sumienność. Poza tym nigdy nie wiadomo, do czego w życiu przyda się umiejętność estetycznego spojrzenia na problem, doboru kolorów albo wiedza bardziej praktyczna zdobyta zupełnie przypadkowo na drodze nauki twórczej. To tak jak te zabawy rysunkowe z numerkami i kropkami. Sama kropka w danym miejscu może wydawać się bez sensu, dopiero po pewnym czasie, gdy połączysz już wszystkie, wiesz, że miała znaczenie i bez niej obraz nie byłby już taki sam.  Hasztag mądrościStevaJobsa.

cropped-logomart_white.jpg

Wszystkie wymienione wyżej pobudki to nasze naturalne potrzeby. Nic złego, że je czujemy. Ale zanim weźmiemy się za rysowanie, spróbujmy zaspokoić je w inny sposób lub przetłumaczyć sobie, że malowanie ich nie zastąpi. Bo najlepiej po prostu się tworzy, nie zastanawiając się, już w szale twórczym, po co to się robi. Dla mnie skrobanie ołówkiem po papierze to trochę taka forma medytacji. Samo wyciszenie się nie daje nam pieniędzy czy sławy, ale oczyszcza umysł tak, że później łatwiej nam wybierać zgodnie z własnym ja – a to już jest potężna siła. Której Wam wszystkim życzę!

lezace